Jak to się zaczęło?

Wszystko zaczęło się o tu, gdybym pojawił się na Waszych monitorach zobaczylibyście, że stukam się w głowę. Jak ten pomysłowy Dobromił ze skaczącą piłeczką, chodziłem, chodziłem i koncepcja wskoczyła mi do głowy.

Należę do ludzi, którym nie dany jest spokój i siedzenie na stołku z korzystaniem dorobku pokoleń. Gdy przejęliśmy z moją Małżonką majątek w miejscowości Linie, czyli tam gdzie kończy się asfalt i psy odbytami szczekają, znajomi pukali się w czoło. Mówili, że tu roboty nie na jedno a może i na dwa życia nie wystarczy. Wróżyli, że uciekniemy stąd nie wytrzymawszy wiejskiego ciśnienia. Nie mieli racji, znaleźliśmy tutaj swoje miejsce na ziemi.

Jeden z budynków naszego folwarczno-dworskiego zespołu to były tylko mury z zawaloną konstrukcją dachową, poddane działaniu pożaru, który strawił  dawną warchlakarnię. Ostatni popegeerowski administrator dopuścił do spięcia instalacji i zniszczenia budynku. Żeby było śmieszniej nie ubezpieczył substancji więc nie było za co odbudować. Odziedziczyliśmy ruinę. Chodziłem wokół tego i myślałem. Proces ten trwał dość długo, w końcu jednak piłeczka pomysłowego Dobromiła trafiła w punkt. Zobaczyłem w tym miejscu biesiadownik, miejsce do którego ludzie będą przyjeżdżali posiedzieć, porozmawiać, zrelaksować się w wiejskim otoczeniu. Do tego jeszcze potrzebne było dobre jedzenie. Ostatni klocek w układance wskoczył na swoje miejsce po naszej wycieczce do przyjaciół Jadwigi i Marcina Lorków, którzy wraz z przyjaciółmi stworzyli OGIEŃ. Oni to takie same wariaty jak my. W miejscu, do którego trudno dojechać mimo pomocy wujka gugla wybudowali szałasy, w których zaczęli warzyć strawę na żywym ogniu. Do pomocy zaprosili znamienitych restauratorów, na początku był to Aleks Baron, potem dołączył Paweł Portoyan i poszło. Byliśmy u nich, lał deszcz, myśleliśmy, że będzie czas by swobodnie pogadać. Nic z tego, we wczesnych godzinach popołudniowych nie było gdzie palca wetknąć. Wszystkie siedzące miejsca na ławach były zajęte, niektórzy goście jedli stojąc.

Jakby mi ktoś ogień pod tylkiem rozpalił. Właśnie to było to czego mój dymiący od natłoku myśli czerep szukał. Niczego wszak nie można kopiować bezpośrednio. To nie kalka. Tym bardziej, że Lorkowie mieli do dyspozycji śródleśną polanę z przepływającym strumykiem, w otoczeniu zaś Beskidy, my zaś spaloną warchlakarnię. Niemniej jednak gdy dwa konie ciągną wóz w jedną stronę a tak wygląda nasze małżeństwo nie ma rzeczy niemożliwych. Powoli i w bólach zaczęła się rodzić koncepcja, musi być grill, musi być piec chlebowy. Do tej układanki dołożyłem jeszcze małżeństwo naszych przyjaciół z Puszczykówka niejakich Michalskich: Ewy i Piotra, twórców kultowej, poznańskiej restauracji TOGA. Siedzieli tam dzień i noc, wnuków nie widzieli a efekt był taki jaki był. Namówiłem ich do zamknięcia tego interesu i przerzucenia swojego doświadczenia do Linia.

Największym problemem okazało się znalezienie wykonawcy naszych szalonych wizji. Osiemdziesiecioletnie dziadki z zawodu zduny nie dały się zarazić naszą wizją. Niestety tak jest obecnie średnia wieku w tym zawodzie. No i nagle jak diabeł z pudełka wyskoczył wychowanek naszej przyjaciółki Eli, emerytowanej przedszkolanki z Trzcielina niejaki Marcin. Pozamieniał nam klocki, poustawiał je na nowo i podjął się wykonawstwa. Trzeba dodać, że to zdun w trzecim pokoleniu, więc nie byle kto.

No i w ten sposób powstały Linie w Ogniu-kuchnia historyczna. Tyle by Was Szanowni Czytelnicy w pierwszym odcinku moich dywagacji specjalnie nie zanudzić. W ten oto sposób otwieram kolejny rozdział blogosfery, następcy bloga, który prowadziłem wcześniej: Ziemianina w Kuchni, przy udziale mojej Kasi, która również wtrąci tutaj swoje trzy grosze! A kto wie może Ewa lub Piotr?

Ziemianin w Kuchni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *