Blog

Zapisz się do neewslettera

kwiecień 2024
P W Ś C P S N
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Placek ale na odwyrtkę

Linie w Ogniu – kuchnia historyczna to nasze miejsce, gdzie zgłębiamy i poszukujemy utraconych smaków. Niestety nasza gastronomia chyba się w pewnym momencie pogubiła. Naszym daniem narodowym okazał się kebab, zaś kubki smakowe dzieci i młodzież kształtuje fast food. Szybko, naszpikowane chemią podane na plastiku, takie jest jedzenie przydrożne.

W Liniu szukamy czegoś innego. Musimy tłumaczyć często na przykład co to jest mangalica. Niewielu wie, ze ta przypominająca wyglądem barana świnia chowana w wolnym wybiegu, na węgierskiej puszcie, przez przynajmniej rok przyjęła się również w Polsce. Hoduje ją w pobliskim Kąkolewie pan Marek Nowak. Smak potraw przyrządzonych z tego mięsa przyprawia o ślinotok najwytrawniejszych smakoszy. My przygotowujemy ją, poddając tuszę długotrwałej obróbce w piecu chlebowym. Dochodzi tam przez dwa dni na przemian grzejąc się to stygnąc opatulona pokrojonymi warzywami, obłożona pokrzywami i innymi roślinami niesłusznie nazywanymi chwastami.

Niemniej jednak nie wszyscy gustują w mięsie. Przybywa w naszym społeczeństwie tych odżywiających się warzywami. I dobrze, i słusznie, taka zmiana bardzo fajnie działa na nasze kiszeczki. Ostatnio poszukiwaczka smaków, a prywatnie Moje ślubne Szczęście wynalazła placek, który nazwała odwróconym. Oto jak on powstał –podgotowujemy nieduże ziemniaczki, podsmażamy pokrojoną na cienkie plasterki cebulę, w tym czasie przesmażamy na maśle, które pozostało po przygotowaniu cebuli pomidory (można je zapiec w piekarniku). Do warzyw dodajemy podgotowane również pokrojone w plastry  marchewkę, por albo to co fantazja nam do głowy przyniesie. Na patelni robimy jasny karmel z masła i cukru, na dno formy,  o niskich ściankach, kładziemy wykrojony papier do pieczenia, wylewamy odrobinę karmelu rozprowadzając go na cienką warstwę. Teraz rozpoczyna się praca konstruktora. Lądują skrojone w talarki ziemniaczki, Między nie wciskamy pomidory z cebulką, dalej marchewka, por i co innego nam do głowy przyjdzie. Każdą warstwę oczywiście solimy i pieprzymy albo obkładamy ziołami wedle uznania. Teraz formę od góry opatulamy ciastem francuskim wykrojonym w rozmiarze dwa, trzy centymetry większym i brzegi wciskamy w dół wzdłuż ścianek formy. Teraz pieczenie – najpierw pół godziny w temperaturze dwustu stopni, potem piętnastominutowe dopieczenie w temperaturze stu osiemdziesięciu stopni. Mamy dwie minuty na wykonanie zdecydowanym ruchem odwrotki, która polega na tym, że przyciskamy talerz do formy i energicznym ruchem odwracamy ją do góry dnem, zdejmujemy formę i pozostawiamy placek na talerzu.

Wyciągamy nasz placek na talerz i podajemy szczęśliwym smakoszom  obficie ulubionymi ziołami obsypując. Potrawa jest o tyle fajna, że równie dobrze smakuje odgrzana i to wielokrotnie. Naprawdę radzimy spróbować w trakcie odwiedzin w Liniu w Ogniu – kuchni historycznej. Serdecznie zapraszamy, będziecie naszymi miłymi gośćmi!

Wasze Ziemiaństwo w Kuchni

Jig Reel Maniacs

O sobie piszą: „Jesteśmy istniejącą od 1990 roku formacją muzyczną, inspirującą się muzyką irlandzką i szkocką, łączącą tradycyjne celtyckie brzemienia z nowoczesnymi aranżacjami, nawiązującymi do różnych trendów muzyki świata. W naszej muzyce łączymy różne brzmienia – od klasycznych, poprzez popowe, rockowe, reggae’owe, funkowe do współczesnych interpretacji standardów celtyckich. Wykonujemy również kompozycje autorskie.” (https://www.facebook.com/jigreelmaniacs)

18 lipca 2020 roku JIgowo Reelowi Maniacy będą naszymi gośćmi.
Rezerwacje telefoniczne: +48 502 267 193
Serdecznie zapraszamy!

A oto wspomnienia z koncertu:

Wirus w koronie

Walnęło to nas wszystkich i niespodziewanie. Połowa marca i skończył się sen o potędze. Świeżo otwarty Biesiadownik Linie w Ogniu Kuchnia Historyczna, świetnie się zapowiadający, toczący się jak śnieżna kula po gastronomicznym polu Wielkopolski pękł niczym mydlana bańka. Administracyjną decyzją wszelkie przybytki żywiące i bawiące ludność zostały zamknięte i już. Nic to, że w chłodni zapas na dwa tygodnie, że umówione imprezy i zapowiedziani goście. Przyszedł jak za carskiej Rosji prikaz i niemiecki szluss, brama zamknięta.Powiem szczerze, nasza sytuacja i tak była o niebo lepsza niż tych spośród naszych przyjaciół, którzy funkcjonowali w obiektach dzierżawionych. Do tego jeszcze stałe koszty zusy, srusy i inne takie. My tego nie mieliśmy na głowie. Niemniej jednak jakiś tam kredycik, no i życie, z tyłu głowy cosik tam nieprzyjemnie pikało. Do tego wszystkiego gospodarstwo, które przychód przynosi tylko raz w roku a pracownicy jeść chcą, z roli wyżyć wcale niełatwo. Mój Świętej pamięci ojciec mawiał – wziąłeś sobie synek warsztat pod gołym niebem to i masz. Żeby jeszcze było weselej zaczęła się wiosna, kozie mleko zaczęło się lać i co z nim zrobić? Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jaką część obrotu mojej serowarni stanowiła gastronomia. Na kilkadziesiąt faktur wystawianych miesiąc w miesiąc pojawiły się słownie trzy! Oczywiście mógłbym odkładać produkcję na półkę i za niedługi czas pojawiłoby się całe mnóstwo dojrzałych krążków, których czasami mi brakowało. Ale przecież podstawą obrotu były świeżaki.

Żeby jeszcze było weselej szacowne sanepidy, które zawsze się pojawiają gdy ich nie potrzeba postanowiły zamknąć prowadzony pod egidą Marszałka Wielkopolskiego Zielony Targ na Rynku Bernardyńskim w Poznaniu. Powód, że niby na świeżym łatwiej się zarazić tą błogosławioną koronką niż w takim na przykład owadzim sklepie, który wtedy bił rekordy obrotów. Myśmy wtedy zabezpieczyli się ze wszystkich stron. Stoiska zostały ofoliowane z przodu by nie było bezpośredniego kontaktu towaru z kupującym i by powstała bariera między klientem i sprzedawcą. Na każdym straganie pojawiły się rękawiczki jednorazowe, maseczki i płyn dezynfekujący. To jednak dla urzędników było niewystarczające, zamknąć i już, markety niech działają! Wtedy to niczym Rejtan z podartą koszulą stanął w naszej obronie Prezydent Miasta Poznania Jacek Jaśkowiak. Tak na marginesie nasz stały klient 😊. Najpierw zaczął drzeć koty z Wojewódzkim Sanepidem, bezskutecznie, potem ostro wziął się za Wojewodę. Nie pozwolił zamknąć ryneczku ot tak. Na początku wywalczył tygodniowe moratorium na wyprzedaż zgromadzonego towaru, potem zagroził, że nas przeniesie do hal MTP. Tak walcząc spowodował, że Główny Inspektor Sanitarny wydał zalecenie określające pod jakimi warunkami możemy działać, mimo że myśmy od samego początku tej podejrzanej chryi te warunki spełniali. Skutkiem tej całej zabawy na ani jedną sobotę nie zostaliśmy zamknięci i Zielony Targ cały czas kwitł i kwitnie do dziś pozwalając nam utrzymać się na powierzchni.Wykorzystaliśmy ten czas na modernizację naszego biesiadownika i inne działania, które mamy nadzieję umilą Wam pobyt u nas. Mamy hamaki, leżaki, na których możecie wypoczywać. Mamy kilka nowych sprzętów i związanych z tym pomysłów. No i mamy konto na YouTube a także  stronę internetową, dzięki której możemy dzielić się naszymi przemyśleniami w blogu!Gastronomia cały czas liże rany i długo jeszcze nie wrócą czasy jej świetności. My natomiast otworzyliśmy podwoja Linii w Ogniu i karmimy zgłodniałych i poimy spragnionych w każdy weekend. Niech się tak dalej to wszystko trzyma a razem przeżyjemy te przeróżne światowe sztuczki. Bo jak nas coś nie zabije to tylko wzmocni. Czekamy więc w Liniu, przybywajcie!

Wasz Ziemianin w Kuchni

Szybki gulasz warzywny dla singla

Jestem wszystkożerna. Dzisiejszy więc wpis będzie o daniu z mięsem, którego bezmięsną alternatywę również uwzględnię.

Mam kilka sprawdzonych przepisów, które nie zawodzą mnie, kiedy chcę szybko i dobrze (a to co sama ugotuję smakuje mi) zjeść, nie korzystając ze sklepowych gotowców. Nie wszyscy z Was może wiedzą, ale jesteśmy z Ziemianinem małżeństwem „dojeżdżającym”. To znaczy ja częściej dojeżdżam do niego niż on do mnie. A to wszystko dlatego, że kiedyś postanowiliśmy docelowo zamieszkać w Liniu, w wiosce, w której pali się nasz OGIEŃ. Cokolwiek by to znaczyło 😃.  Kiedy od poniedziałku pracuję w mieście też musze jeść! A jak wiadomo gotowanie dla jednej osoby jest kłopotliwe, tym bardziej, że wszyscy mamy tendencje do przyrządzania większej ilości jedzenia niż jesteśmy go w stanie zjeść. Mam więc swoje patenty, a to czego nie zjem zamrażam na kolejny tydzień (jeżeli oczywiście potrawa się nadaje). Staram się jednak gotować dania lekkie, których nadmiar nie spowoduje przybierania.

Jednym z takich dań jest gulasz warzywny, który występuje w wersji bezmięsnej jak i z mięsem. Dzisiaj przygotowałam go z udkami kurczaka, ale zwykle robię go z podprażonymi orzechami, szczególnie nerkowca, które bardzo lubię i które doskonale się komponują z warzywami.  Do mojego gulaszu na dwa dni zwykle potrzebuję jako bazy jednej marchewki, pół pora, pół cukinii, kawałek selera, pietruszkę, cebulkę, pół papryki. Oczywiście dobór warzyw jest dobrowolny i zależny od Waszego gustu. Najpierw podsmażam w woku na oleju trochę startego imbiru (mam do niego słabość), dwa trzy ząbki czosnku (również), ziarna kuminu (cóż!), kurkumę i odrobinę zielonego curry. Oczywiście to mój zestaw przypraw. Podsmażenie to przed wymieszaniem z bazą wydobywa z nich pełnię aromatu. Jeżeli robię gulasz w wersji wege wsypuję garść orzechów. Oczywiście jak je mam😉 Dodaję pokrojone warzywa i bulion lub wodę. Zależy od tego czy ma to być danie bezmięsne czy z dodatkiem mięsa.  W zamrażarce mam przygotowane dwa rodzaje bulionu ten ugotowany na warzywach i ten na mięsie. Co jakiś czas przygotowuję większa porcje jednego i drugiego bulionu, który dzielę na porcje i zamrażam. Są rzeczy, które staram się mieć w kuchni zawsze. A to po to, żeby zawsze mieć pod ręką podstawę kolejnego obiadu. Posiadanie podstawowych produktów, na których bazuje nasza kuchnia bardzo ułatwia przygotowywanie szybkich posiłków. Te zestawy mogą być różne, w zależności od naszych preferencji. Może kiedyś opiszę co ja mam w swojej lodówce i szafkach jako „żelazny zapas” i jak to ułatwia życie i gotowanie.

W tym konkretnym przypadku użyłam jeszcze przecieru pomidorowego, bo gulasz zrobiłam z pomidorami. Wszystkie składniki wymieszałam, włożyłam udka kurczaka  i doprawiłam sosem sojowo-grzybowym i ostrygowym. Nie używam soli bo te składniki mają jej wystarczająca ilość. Całe danie musi popyrkać do momentu aż mięso zmięknie.  W przypadku kiedy robimy gulasz bez mięsa trzeba uważać, żeby składniki się nie rozpadły, muszą nam towarzyszyć w trakcie jedzenia 😊 Oczywiście na talerzu nie może zabraknąć świeżych warzyw, na które teraz zaczyna się sezon. Mam to szczęście, że co tydzień Ziemianin przywozi z Zielonego Targu pyszne i ekologiczne nowalijki!

Smacznego!

Wasza Ziemianka w Kuchni

Co robić w kuchni gdy płonie Ogień

Gdy już koncepcja zaczęła się krystalizować, a w trakcie zmieniała się kilkakrotnie, jedno było pewne. Nasze potrawy będą powstawały na ogniu. Polak powiedzmy to sobie szczerze, jest mięsożerem. Ja też się do tej frakcji zaliczam. To nie znaczy, że obżeram się mięsiwem codziennie i w kopiastych ilościach. Niemniej jednak od czasu do czasu lubię coś na ruszt wrzucić. I właśnie ten ruszt stał się tym hakiem głównym. Postanowiliśmy bowiem pójść na całość i wybudować największy w Europie piec grillowy. Do jego powstania zostało zużytych prawie dziewięć tysięcy cegieł, osiem ton surowca, w sam fundament wlanych zostały dwie pełne gruchy betonu. Konstrukcja liczy sobie cztery i pół metra wysokości, komora zaś ma ponad dwa metry długości i ponad metr głębokości. Mistrz Marcin, który nad nim pracował włożył w budowę cały swój kunszt i serce. Teraz trzeba się było zastanowić nad tym co będziemy tam obrabiać. Na pytanie co Polak najbardziej lubi z grilla prawie zawsze pada jedna odpowiedź – karkówkę. Tutaj pojawił się dylemat. Jeśli ją zrobić ot, tak to powiedzą, że nie trza im do Ognia przyjeżdżać bo mogą se sami na ogródku zwęglić. Po pierwsze trzeba było zdobyć surowiec najwyższej jakości. Taki zapewniła nam miejscowa mała masarnia z niejakich Kozich Lasek. Teraz trzeba było go odpowiednio przerobić. Kroimy go na grube plastry, po całości, porcja więc jest konkretna. Tak przygotowane trafiają do maceraty przygotowanej z mieszanki ziół i przypraw. Tutaj nie będę się rozwodził nad tym co wrzucamy, ot taka drobna warsztatowa tajemnica, niemniej jednak jedno powiem – mięso przekładane jest kwaśnym owocem skrojonym w plastry. Tenże powoduje piękne skruszenie i wydelikacenie smaku. Saganek z przygotowanym towarem, zalany dokładnie olejem by ani kęsek nie wystawał ląduje w chłodni na kilka dni i tam czeka na swoją kolej. Gdy przyjdzie czas, a my pracujemy tylko w weekendy, wyciągany kotlet jest lekko nakłuwany i ląduje na dwucentymetrowej żeliwnej płycie, pod którą pali się ogień.Teraz trzeba go nadzorować i umiejętnie przewracać by z obu stron był odpowiednio przypieczony a soczysty w środku. Na drewnianej, wypalonej desce ląduje główny bohater dania, obok przypieczone ziemniaki, zgrillowane na „angielce” warzywa, do tego jeszcze specjalne sosy będące specjalnością naszego zakładu. Wszystko jest przyozdobione sezonowymi kwiatkami i zieleniną.Całość żeby nie było jest jadalna. Przyjęliśmy następującą zasadę – produkty, które obrabiamy pochodzą w pierwszej kolejności z naszego gospodarstwa, gdy czegoś nie mamy to od znanych nam osobiście producentów gwarantujących najwyższą jakość. Druga cześć zasady to gość nie ma prawa wyjść od nas głodny. Porcja musi być godziwa. Jeżeli coś zostanie na desce to i tak się nie zmarnuje. Kury bardzo się ucieszą gdy przywędruje do nich kubełek świeżych pozostałości. Tak więc Szanowny Czytelniku nie będę Cię nadmiernie zachęcał, ale powiem, że warto sobie kiedyś zaplanować weekendowy wyjazd za miasto i zahaczyć o Linie w Ogniu, koło Lwówka. Nawigacja pokaże Ci najkrótszą drogę.

Ziemianin w Kuchni

Zielono mi

„I znów księżniczka Anna spadła z konia, to znak, że przybył nasz kolega maj”  Ci co pamiętają, wiedzą, tych młodszych informuję, że  piosenkę wylansowała w 1975 roku Ewa Bem. Księżniczka Anna to oczywiście córka Królowej Elżbiety.  Osiągnęła sukcesy sportowe w zawodach jeździeckich i między innymi brała udział w igrzyskach olimpijskich w 1976roku w Montrealu.  Piosenka ta bardzo długo towarzyszyła mi o tej porze roku. Maj to czas obfitości kolorów, szczególnie jednego. Natura ubiera się w szaty w różnych odcieniach zieleni. Wśród tych zieloności jest mnóstwo roślin, które nazywamy chwastami, a które w rzeczywistości są jadalne i bardzo smaczne. Młodziutkie  kurdybanek, rzeżucha łąkowa, ziarnopłon, fiołek, stokrotka, mniszek (mlecz), krwawnik, gwiazdnica, podagrycznik, pokrzywa to rośliny, które oprócz walorów zdrowotnych mogą dodać naszym potrawom oryginalnego smaku i zapachu. Zarówno tym przygotowywanym na świeżo jak i gotowanym. Kuchnia Linia w Ogniu znana jest z mięs wszelakich w ogniu, na ogniu, z ognia itp, itd! Nie samym jednak mięsem człowiek żyje. Nie gardzę nim, ale zdarza się dosyć często, że  daję odpoczynek mojemu układowi trawiennemu  i zajadam się warzywami i zieleniną w różnej formie i postaci. Jestem zwolennikiem różnorodności w kuchni. Eksperymentuję więc, dodaję, mieszam i … czasami udaje mi się osiągnąć cel: Jest smaczne!

Dzisiaj podzielę się z Wami zieloną zupą. Zupą, którą można zrobić w wersji light, czyli na wodzie, albo na przechowywanym na takie okazje, w czeluściach zamrażarki, bulionie. No właśnie znowu muszę zrobić zapas bulionu. Wiecie jaka to wygoda! Wyobraźcie sobie: wracacie zmęczeni do domu i macie jedno marzenie – zjeść COŚ, ale nie gotowca, coś swojego, coś szybkiego, coś co zadowoli Wasze podniebienie. Kiedy w zamrażarce macie gotowy, własnoręcznie uwarzony bulin (warzywny lub mięsny) nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyczarować szybko super danie. Oczywiście oprócz bulionu potrzebne są inne składniki. W zależności od tego co macie w lodówce, albo jeszcze lepiej w przydomowym ogródku, powstanie potrawa palce lizać! Mnie się zachciało lekkiej zupy. Marek przywiózł z rynku młodziutką, świeżą rukolę,  malutkie buraczki z pięknymi liśćmi i młodą rzodkiewkę z  zieloną czuprynką. W ogrodzie rośnie mnóstwo podagrycznika. Wszystkie te liście wsypałam do bulionu, dodałam zielonej cebulki i kilka ząbków czosnku. Wystarczyło 15 minut, żeby zmiękły. Poszedł w ruch malakser, który rozbił wszystkie składniki.

Nie lubię zup, których nie można „pogryźć”, dodałam więc pokrojone młode marchewki i buraczki.

Więcej warzyw nie miałam ☹ Doszły przyprawy – sól, pieprz,  odrobina curry, sos ostrygowy, cayenne i płatki czosnku, które wbrew pozorom nie mają intensywnego smaku, ale każdej potrawie nadają charakteru.  Oczywiście zestaw przypraw jest zależny od Waszych upodobań. Po kolejnych piętnastu minutach zupa była gotowa.  Kleks śmietany lub jogurtu, prażone pestki dyni i już!

Trochę zmieniła kolor z uwagi na buraki, ale nie ujęło jej to walorów smakowych.

Smacznego!

Wasza Ziemianka w Kuchni

Jak to się zaczęło?

Wszystko zaczęło się o tu, gdybym pojawił się na Waszych monitorach zobaczylibyście, że stukam się w głowę. Jak ten pomysłowy Dobromił ze skaczącą piłeczką, chodziłem, chodziłem i koncepcja wskoczyła mi do głowy.

Należę do ludzi, którym nie dany jest spokój i siedzenie na stołku z korzystaniem dorobku pokoleń. Gdy przejęliśmy z moją Małżonką majątek w miejscowości Linie, czyli tam gdzie kończy się asfalt i psy odbytami szczekają, znajomi pukali się w czoło. Mówili, że tu roboty nie na jedno a może i na dwa życia nie wystarczy. Wróżyli, że uciekniemy stąd nie wytrzymawszy wiejskiego ciśnienia. Nie mieli racji, znaleźliśmy tutaj swoje miejsce na ziemi.

Jeden z budynków naszego folwarczno-dworskiego zespołu to były tylko mury z zawaloną konstrukcją dachową, poddane działaniu pożaru, który strawił  dawną warchlakarnię. Ostatni popegeerowski administrator dopuścił do spięcia instalacji i zniszczenia budynku. Żeby było śmieszniej nie ubezpieczył substancji więc nie było za co odbudować. Odziedziczyliśmy ruinę. Chodziłem wokół tego i myślałem. Proces ten trwał dość długo, w końcu jednak piłeczka pomysłowego Dobromiła trafiła w punkt. Zobaczyłem w tym miejscu biesiadownik, miejsce do którego ludzie będą przyjeżdżali posiedzieć, porozmawiać, zrelaksować się w wiejskim otoczeniu. Do tego jeszcze potrzebne było dobre jedzenie. Ostatni klocek w układance wskoczył na swoje miejsce po naszej wycieczce do przyjaciół Jadwigi i Marcina Lorków, którzy wraz z przyjaciółmi stworzyli OGIEŃ. Oni to takie same wariaty jak my. W miejscu, do którego trudno dojechać mimo pomocy wujka gugla wybudowali szałasy, w których zaczęli warzyć strawę na żywym ogniu. Do pomocy zaprosili znamienitych restauratorów, na początku był to Aleks Baron, potem dołączył Paweł Portoyan i poszło. Byliśmy u nich, lał deszcz, myśleliśmy, że będzie czas by swobodnie pogadać. Nic z tego, we wczesnych godzinach popołudniowych nie było gdzie palca wetknąć. Wszystkie siedzące miejsca na ławach były zajęte, niektórzy goście jedli stojąc.

Jakby mi ktoś ogień pod tylkiem rozpalił. Właśnie to było to czego mój dymiący od natłoku myśli czerep szukał. Niczego wszak nie można kopiować bezpośrednio. To nie kalka. Tym bardziej, że Lorkowie mieli do dyspozycji śródleśną polanę z przepływającym strumykiem, w otoczeniu zaś Beskidy, my zaś spaloną warchlakarnię. Niemniej jednak gdy dwa konie ciągną wóz w jedną stronę a tak wygląda nasze małżeństwo nie ma rzeczy niemożliwych. Powoli i w bólach zaczęła się rodzić koncepcja, musi być grill, musi być piec chlebowy. Do tej układanki dołożyłem jeszcze małżeństwo naszych przyjaciół z Puszczykówka niejakich Michalskich: Ewy i Piotra, twórców kultowej, poznańskiej restauracji TOGA. Siedzieli tam dzień i noc, wnuków nie widzieli a efekt był taki jaki był. Namówiłem ich do zamknięcia tego interesu i przerzucenia swojego doświadczenia do Linia.

Największym problemem okazało się znalezienie wykonawcy naszych szalonych wizji. Osiemdziesiecioletnie dziadki z zawodu zduny nie dały się zarazić naszą wizją. Niestety tak jest obecnie średnia wieku w tym zawodzie. No i nagle jak diabeł z pudełka wyskoczył wychowanek naszej przyjaciółki Eli, emerytowanej przedszkolanki z Trzcielina niejaki Marcin. Pozamieniał nam klocki, poustawiał je na nowo i podjął się wykonawstwa. Trzeba dodać, że to zdun w trzecim pokoleniu, więc nie byle kto.

No i w ten sposób powstały Linie w Ogniu-kuchnia historyczna. Tyle by Was Szanowni Czytelnicy w pierwszym odcinku moich dywagacji specjalnie nie zanudzić. W ten oto sposób otwieram kolejny rozdział blogosfery, następcy bloga, który prowadziłem wcześniej: Ziemianina w Kuchni, przy udziale mojej Kasi, która również wtrąci tutaj swoje trzy grosze! A kto wie może Ewa lub Piotr?

Ziemianin w Kuchni

Placek ale na odwyrtkę

Linie w Ogniu – kuchnia historyczna to nasze miejsce, gdzie zgłębiamy i poszukujemy utraconych smaków. Niestety nasza gastronomia chyba się w pewnym momencie pogubiła. Naszym daniem narodowym okazał się kebab, zaś kubki smakowe dzieci i młodzież kształtuje fast food. Szybko, naszpikowane chemią podane na plastiku, takie jest jedzenie przydrożne.

W Liniu szukamy czegoś innego. Musimy tłumaczyć często na przykład co to jest mangalica. Niewielu wie, ze ta przypominająca wyglądem barana świnia chowana w wolnym wybiegu, na węgierskiej puszcie, przez przynajmniej rok przyjęła się również w Polsce. Hoduje ją w pobliskim Kąkolewie pan Marek Nowak. Smak potraw przyrządzonych z tego mięsa przyprawia o ślinotok najwytrawniejszych smakoszy. My przygotowujemy ją, poddając tuszę długotrwałej obróbce w piecu chlebowym. Dochodzi tam przez dwa dni na przemian grzejąc się to stygnąc opatulona pokrojonymi warzywami, obłożona pokrzywami i innymi roślinami niesłusznie nazywanymi chwastami.

Niemniej jednak nie wszyscy gustują w mięsie. Przybywa w naszym społeczeństwie tych odżywiających się warzywami. I dobrze, i słusznie, taka zmiana bardzo fajnie działa na nasze kiszeczki. Ostatnio poszukiwaczka smaków, a prywatnie Moje ślubne Szczęście wynalazła placek, który nazwała odwróconym. Oto jak on powstał –podgotowujemy nieduże ziemniaczki, podsmażamy pokrojoną na cienkie plasterki cebulę, w tym czasie przesmażamy na maśle, które pozostało po przygotowaniu cebuli pomidory (można je zapiec w piekarniku). Do warzyw dodajemy podgotowane również pokrojone w plastry  marchewkę, por albo to co fantazja nam do głowy przyniesie. Na patelni robimy jasny karmel z masła i cukru, na dno formy,  o niskich ściankach, kładziemy wykrojony papier do pieczenia, wylewamy odrobinę karmelu rozprowadzając go na cienką warstwę. Teraz rozpoczyna się praca konstruktora. Lądują skrojone w talarki ziemniaczki, Między nie wciskamy pomidory z cebulką, dalej marchewka, por i co innego nam do głowy przyjdzie. Każdą warstwę oczywiście solimy i pieprzymy albo obkładamy ziołami wedle uznania. Teraz formę od góry opatulamy ciastem francuskim wykrojonym w rozmiarze dwa, trzy centymetry większym i brzegi wciskamy w dół wzdłuż ścianek formy. Teraz pieczenie – najpierw pół godziny w temperaturze dwustu stopni, potem piętnastominutowe dopieczenie w temperaturze stu osiemdziesięciu stopni. Mamy dwie minuty na wykonanie zdecydowanym ruchem odwrotki, która polega na tym, że przyciskamy talerz do formy i energicznym ruchem odwracamy ją do góry dnem, zdejmujemy formę i pozostawiamy placek na talerzu.

Wyciągamy nasz placek na talerz i podajemy szczęśliwym smakoszom  obficie ulubionymi ziołami obsypując. Potrawa jest o tyle fajna, że równie dobrze smakuje odgrzana i to wielokrotnie. Naprawdę radzimy spróbować w trakcie odwiedzin w Liniu w Ogniu – kuchni historycznej. Serdecznie zapraszamy, będziecie naszymi miłymi gośćmi!

Wasze Ziemiaństwo w Kuchni

Jig Reel Maniacs

O sobie piszą: „Jesteśmy istniejącą od 1990 roku formacją muzyczną, inspirującą się muzyką irlandzką i szkocką, łączącą tradycyjne celtyckie brzemienia z nowoczesnymi aranżacjami, nawiązującymi do różnych trendów muzyki świata. W naszej muzyce łączymy różne brzmienia – od klasycznych, poprzez popowe, rockowe, reggae’owe, funkowe do współczesnych interpretacji standardów celtyckich. Wykonujemy również kompozycje autorskie.” (https://www.facebook.com/jigreelmaniacs)

18 lipca 2020 roku JIgowo Reelowi Maniacy będą naszymi gośćmi.
Rezerwacje telefoniczne: +48 502 267 193
Serdecznie zapraszamy!

A oto wspomnienia z koncertu:

Wirus w koronie

Walnęło to nas wszystkich i niespodziewanie. Połowa marca i skończył się sen o potędze. Świeżo otwarty Biesiadownik Linie w Ogniu Kuchnia Historyczna, świetnie się zapowiadający, toczący się jak śnieżna kula po gastronomicznym polu Wielkopolski pękł niczym mydlana bańka. Administracyjną decyzją wszelkie przybytki żywiące i bawiące ludność zostały zamknięte i już. Nic to, że w chłodni zapas na dwa tygodnie, że umówione imprezy i zapowiedziani goście. Przyszedł jak za carskiej Rosji prikaz i niemiecki szluss, brama zamknięta.Powiem szczerze, nasza sytuacja i tak była o niebo lepsza niż tych spośród naszych przyjaciół, którzy funkcjonowali w obiektach dzierżawionych. Do tego jeszcze stałe koszty zusy, srusy i inne takie. My tego nie mieliśmy na głowie. Niemniej jednak jakiś tam kredycik, no i życie, z tyłu głowy cosik tam nieprzyjemnie pikało. Do tego wszystkiego gospodarstwo, które przychód przynosi tylko raz w roku a pracownicy jeść chcą, z roli wyżyć wcale niełatwo. Mój Świętej pamięci ojciec mawiał – wziąłeś sobie synek warsztat pod gołym niebem to i masz. Żeby jeszcze było weselej zaczęła się wiosna, kozie mleko zaczęło się lać i co z nim zrobić? Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jaką część obrotu mojej serowarni stanowiła gastronomia. Na kilkadziesiąt faktur wystawianych miesiąc w miesiąc pojawiły się słownie trzy! Oczywiście mógłbym odkładać produkcję na półkę i za niedługi czas pojawiłoby się całe mnóstwo dojrzałych krążków, których czasami mi brakowało. Ale przecież podstawą obrotu były świeżaki.

Żeby jeszcze było weselej szacowne sanepidy, które zawsze się pojawiają gdy ich nie potrzeba postanowiły zamknąć prowadzony pod egidą Marszałka Wielkopolskiego Zielony Targ na Rynku Bernardyńskim w Poznaniu. Powód, że niby na świeżym łatwiej się zarazić tą błogosławioną koronką niż w takim na przykład owadzim sklepie, który wtedy bił rekordy obrotów. Myśmy wtedy zabezpieczyli się ze wszystkich stron. Stoiska zostały ofoliowane z przodu by nie było bezpośredniego kontaktu towaru z kupującym i by powstała bariera między klientem i sprzedawcą. Na każdym straganie pojawiły się rękawiczki jednorazowe, maseczki i płyn dezynfekujący. To jednak dla urzędników było niewystarczające, zamknąć i już, markety niech działają! Wtedy to niczym Rejtan z podartą koszulą stanął w naszej obronie Prezydent Miasta Poznania Jacek Jaśkowiak. Tak na marginesie nasz stały klient 😊. Najpierw zaczął drzeć koty z Wojewódzkim Sanepidem, bezskutecznie, potem ostro wziął się za Wojewodę. Nie pozwolił zamknąć ryneczku ot tak. Na początku wywalczył tygodniowe moratorium na wyprzedaż zgromadzonego towaru, potem zagroził, że nas przeniesie do hal MTP. Tak walcząc spowodował, że Główny Inspektor Sanitarny wydał zalecenie określające pod jakimi warunkami możemy działać, mimo że myśmy od samego początku tej podejrzanej chryi te warunki spełniali. Skutkiem tej całej zabawy na ani jedną sobotę nie zostaliśmy zamknięci i Zielony Targ cały czas kwitł i kwitnie do dziś pozwalając nam utrzymać się na powierzchni.Wykorzystaliśmy ten czas na modernizację naszego biesiadownika i inne działania, które mamy nadzieję umilą Wam pobyt u nas. Mamy hamaki, leżaki, na których możecie wypoczywać. Mamy kilka nowych sprzętów i związanych z tym pomysłów. No i mamy konto na YouTube a także  stronę internetową, dzięki której możemy dzielić się naszymi przemyśleniami w blogu!Gastronomia cały czas liże rany i długo jeszcze nie wrócą czasy jej świetności. My natomiast otworzyliśmy podwoja Linii w Ogniu i karmimy zgłodniałych i poimy spragnionych w każdy weekend. Niech się tak dalej to wszystko trzyma a razem przeżyjemy te przeróżne światowe sztuczki. Bo jak nas coś nie zabije to tylko wzmocni. Czekamy więc w Liniu, przybywajcie!

Wasz Ziemianin w Kuchni

Szybki gulasz warzywny dla singla

Jestem wszystkożerna. Dzisiejszy więc wpis będzie o daniu z mięsem, którego bezmięsną alternatywę również uwzględnię.

Mam kilka sprawdzonych przepisów, które nie zawodzą mnie, kiedy chcę szybko i dobrze (a to co sama ugotuję smakuje mi) zjeść, nie korzystając ze sklepowych gotowców. Nie wszyscy z Was może wiedzą, ale jesteśmy z Ziemianinem małżeństwem „dojeżdżającym”. To znaczy ja częściej dojeżdżam do niego niż on do mnie. A to wszystko dlatego, że kiedyś postanowiliśmy docelowo zamieszkać w Liniu, w wiosce, w której pali się nasz OGIEŃ. Cokolwiek by to znaczyło 😃.  Kiedy od poniedziałku pracuję w mieście też musze jeść! A jak wiadomo gotowanie dla jednej osoby jest kłopotliwe, tym bardziej, że wszyscy mamy tendencje do przyrządzania większej ilości jedzenia niż jesteśmy go w stanie zjeść. Mam więc swoje patenty, a to czego nie zjem zamrażam na kolejny tydzień (jeżeli oczywiście potrawa się nadaje). Staram się jednak gotować dania lekkie, których nadmiar nie spowoduje przybierania.

Jednym z takich dań jest gulasz warzywny, który występuje w wersji bezmięsnej jak i z mięsem. Dzisiaj przygotowałam go z udkami kurczaka, ale zwykle robię go z podprażonymi orzechami, szczególnie nerkowca, które bardzo lubię i które doskonale się komponują z warzywami.  Do mojego gulaszu na dwa dni zwykle potrzebuję jako bazy jednej marchewki, pół pora, pół cukinii, kawałek selera, pietruszkę, cebulkę, pół papryki. Oczywiście dobór warzyw jest dobrowolny i zależny od Waszego gustu. Najpierw podsmażam w woku na oleju trochę startego imbiru (mam do niego słabość), dwa trzy ząbki czosnku (również), ziarna kuminu (cóż!), kurkumę i odrobinę zielonego curry. Oczywiście to mój zestaw przypraw. Podsmażenie to przed wymieszaniem z bazą wydobywa z nich pełnię aromatu. Jeżeli robię gulasz w wersji wege wsypuję garść orzechów. Oczywiście jak je mam😉 Dodaję pokrojone warzywa i bulion lub wodę. Zależy od tego czy ma to być danie bezmięsne czy z dodatkiem mięsa.  W zamrażarce mam przygotowane dwa rodzaje bulionu ten ugotowany na warzywach i ten na mięsie. Co jakiś czas przygotowuję większa porcje jednego i drugiego bulionu, który dzielę na porcje i zamrażam. Są rzeczy, które staram się mieć w kuchni zawsze. A to po to, żeby zawsze mieć pod ręką podstawę kolejnego obiadu. Posiadanie podstawowych produktów, na których bazuje nasza kuchnia bardzo ułatwia przygotowywanie szybkich posiłków. Te zestawy mogą być różne, w zależności od naszych preferencji. Może kiedyś opiszę co ja mam w swojej lodówce i szafkach jako „żelazny zapas” i jak to ułatwia życie i gotowanie.

W tym konkretnym przypadku użyłam jeszcze przecieru pomidorowego, bo gulasz zrobiłam z pomidorami. Wszystkie składniki wymieszałam, włożyłam udka kurczaka  i doprawiłam sosem sojowo-grzybowym i ostrygowym. Nie używam soli bo te składniki mają jej wystarczająca ilość. Całe danie musi popyrkać do momentu aż mięso zmięknie.  W przypadku kiedy robimy gulasz bez mięsa trzeba uważać, żeby składniki się nie rozpadły, muszą nam towarzyszyć w trakcie jedzenia 😊 Oczywiście na talerzu nie może zabraknąć świeżych warzyw, na które teraz zaczyna się sezon. Mam to szczęście, że co tydzień Ziemianin przywozi z Zielonego Targu pyszne i ekologiczne nowalijki!

Smacznego!

Wasza Ziemianka w Kuchni

Co robić w kuchni gdy płonie Ogień

Gdy już koncepcja zaczęła się krystalizować, a w trakcie zmieniała się kilkakrotnie, jedno było pewne. Nasze potrawy będą powstawały na ogniu. Polak powiedzmy to sobie szczerze, jest mięsożerem. Ja też się do tej frakcji zaliczam. To nie znaczy, że obżeram się mięsiwem codziennie i w kopiastych ilościach. Niemniej jednak od czasu do czasu lubię coś na ruszt wrzucić. I właśnie ten ruszt stał się tym hakiem głównym. Postanowiliśmy bowiem pójść na całość i wybudować największy w Europie piec grillowy. Do jego powstania zostało zużytych prawie dziewięć tysięcy cegieł, osiem ton surowca, w sam fundament wlanych zostały dwie pełne gruchy betonu. Konstrukcja liczy sobie cztery i pół metra wysokości, komora zaś ma ponad dwa metry długości i ponad metr głębokości. Mistrz Marcin, który nad nim pracował włożył w budowę cały swój kunszt i serce. Teraz trzeba się było zastanowić nad tym co będziemy tam obrabiać. Na pytanie co Polak najbardziej lubi z grilla prawie zawsze pada jedna odpowiedź – karkówkę. Tutaj pojawił się dylemat. Jeśli ją zrobić ot, tak to powiedzą, że nie trza im do Ognia przyjeżdżać bo mogą se sami na ogródku zwęglić. Po pierwsze trzeba było zdobyć surowiec najwyższej jakości. Taki zapewniła nam miejscowa mała masarnia z niejakich Kozich Lasek. Teraz trzeba było go odpowiednio przerobić. Kroimy go na grube plastry, po całości, porcja więc jest konkretna. Tak przygotowane trafiają do maceraty przygotowanej z mieszanki ziół i przypraw. Tutaj nie będę się rozwodził nad tym co wrzucamy, ot taka drobna warsztatowa tajemnica, niemniej jednak jedno powiem – mięso przekładane jest kwaśnym owocem skrojonym w plastry. Tenże powoduje piękne skruszenie i wydelikacenie smaku. Saganek z przygotowanym towarem, zalany dokładnie olejem by ani kęsek nie wystawał ląduje w chłodni na kilka dni i tam czeka na swoją kolej. Gdy przyjdzie czas, a my pracujemy tylko w weekendy, wyciągany kotlet jest lekko nakłuwany i ląduje na dwucentymetrowej żeliwnej płycie, pod którą pali się ogień.Teraz trzeba go nadzorować i umiejętnie przewracać by z obu stron był odpowiednio przypieczony a soczysty w środku. Na drewnianej, wypalonej desce ląduje główny bohater dania, obok przypieczone ziemniaki, zgrillowane na „angielce” warzywa, do tego jeszcze specjalne sosy będące specjalnością naszego zakładu. Wszystko jest przyozdobione sezonowymi kwiatkami i zieleniną.Całość żeby nie było jest jadalna. Przyjęliśmy następującą zasadę – produkty, które obrabiamy pochodzą w pierwszej kolejności z naszego gospodarstwa, gdy czegoś nie mamy to od znanych nam osobiście producentów gwarantujących najwyższą jakość. Druga cześć zasady to gość nie ma prawa wyjść od nas głodny. Porcja musi być godziwa. Jeżeli coś zostanie na desce to i tak się nie zmarnuje. Kury bardzo się ucieszą gdy przywędruje do nich kubełek świeżych pozostałości. Tak więc Szanowny Czytelniku nie będę Cię nadmiernie zachęcał, ale powiem, że warto sobie kiedyś zaplanować weekendowy wyjazd za miasto i zahaczyć o Linie w Ogniu, koło Lwówka. Nawigacja pokaże Ci najkrótszą drogę.

Ziemianin w Kuchni

Zielono mi

„I znów księżniczka Anna spadła z konia, to znak, że przybył nasz kolega maj”  Ci co pamiętają, wiedzą, tych młodszych informuję, że  piosenkę wylansowała w 1975 roku Ewa Bem. Księżniczka Anna to oczywiście córka Królowej Elżbiety.  Osiągnęła sukcesy sportowe w zawodach jeździeckich i między innymi brała udział w igrzyskach olimpijskich w 1976roku w Montrealu.  Piosenka ta bardzo długo towarzyszyła mi o tej porze roku. Maj to czas obfitości kolorów, szczególnie jednego. Natura ubiera się w szaty w różnych odcieniach zieleni. Wśród tych zieloności jest mnóstwo roślin, które nazywamy chwastami, a które w rzeczywistości są jadalne i bardzo smaczne. Młodziutkie  kurdybanek, rzeżucha łąkowa, ziarnopłon, fiołek, stokrotka, mniszek (mlecz), krwawnik, gwiazdnica, podagrycznik, pokrzywa to rośliny, które oprócz walorów zdrowotnych mogą dodać naszym potrawom oryginalnego smaku i zapachu. Zarówno tym przygotowywanym na świeżo jak i gotowanym. Kuchnia Linia w Ogniu znana jest z mięs wszelakich w ogniu, na ogniu, z ognia itp, itd! Nie samym jednak mięsem człowiek żyje. Nie gardzę nim, ale zdarza się dosyć często, że  daję odpoczynek mojemu układowi trawiennemu  i zajadam się warzywami i zieleniną w różnej formie i postaci. Jestem zwolennikiem różnorodności w kuchni. Eksperymentuję więc, dodaję, mieszam i … czasami udaje mi się osiągnąć cel: Jest smaczne!

Dzisiaj podzielę się z Wami zieloną zupą. Zupą, którą można zrobić w wersji light, czyli na wodzie, albo na przechowywanym na takie okazje, w czeluściach zamrażarki, bulionie. No właśnie znowu muszę zrobić zapas bulionu. Wiecie jaka to wygoda! Wyobraźcie sobie: wracacie zmęczeni do domu i macie jedno marzenie – zjeść COŚ, ale nie gotowca, coś swojego, coś szybkiego, coś co zadowoli Wasze podniebienie. Kiedy w zamrażarce macie gotowy, własnoręcznie uwarzony bulin (warzywny lub mięsny) nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyczarować szybko super danie. Oczywiście oprócz bulionu potrzebne są inne składniki. W zależności od tego co macie w lodówce, albo jeszcze lepiej w przydomowym ogródku, powstanie potrawa palce lizać! Mnie się zachciało lekkiej zupy. Marek przywiózł z rynku młodziutką, świeżą rukolę,  malutkie buraczki z pięknymi liśćmi i młodą rzodkiewkę z  zieloną czuprynką. W ogrodzie rośnie mnóstwo podagrycznika. Wszystkie te liście wsypałam do bulionu, dodałam zielonej cebulki i kilka ząbków czosnku. Wystarczyło 15 minut, żeby zmiękły. Poszedł w ruch malakser, który rozbił wszystkie składniki.

Nie lubię zup, których nie można „pogryźć”, dodałam więc pokrojone młode marchewki i buraczki.

Więcej warzyw nie miałam ☹ Doszły przyprawy – sól, pieprz,  odrobina curry, sos ostrygowy, cayenne i płatki czosnku, które wbrew pozorom nie mają intensywnego smaku, ale każdej potrawie nadają charakteru.  Oczywiście zestaw przypraw jest zależny od Waszych upodobań. Po kolejnych piętnastu minutach zupa była gotowa.  Kleks śmietany lub jogurtu, prażone pestki dyni i już!

Trochę zmieniła kolor z uwagi na buraki, ale nie ujęło jej to walorów smakowych.

Smacznego!

Wasza Ziemianka w Kuchni

Jak to się zaczęło?

Wszystko zaczęło się o tu, gdybym pojawił się na Waszych monitorach zobaczylibyście, że stukam się w głowę. Jak ten pomysłowy Dobromił ze skaczącą piłeczką, chodziłem, chodziłem i koncepcja wskoczyła mi do głowy.

Należę do ludzi, którym nie dany jest spokój i siedzenie na stołku z korzystaniem dorobku pokoleń. Gdy przejęliśmy z moją Małżonką majątek w miejscowości Linie, czyli tam gdzie kończy się asfalt i psy odbytami szczekają, znajomi pukali się w czoło. Mówili, że tu roboty nie na jedno a może i na dwa życia nie wystarczy. Wróżyli, że uciekniemy stąd nie wytrzymawszy wiejskiego ciśnienia. Nie mieli racji, znaleźliśmy tutaj swoje miejsce na ziemi.

Jeden z budynków naszego folwarczno-dworskiego zespołu to były tylko mury z zawaloną konstrukcją dachową, poddane działaniu pożaru, który strawił  dawną warchlakarnię. Ostatni popegeerowski administrator dopuścił do spięcia instalacji i zniszczenia budynku. Żeby było śmieszniej nie ubezpieczył substancji więc nie było za co odbudować. Odziedziczyliśmy ruinę. Chodziłem wokół tego i myślałem. Proces ten trwał dość długo, w końcu jednak piłeczka pomysłowego Dobromiła trafiła w punkt. Zobaczyłem w tym miejscu biesiadownik, miejsce do którego ludzie będą przyjeżdżali posiedzieć, porozmawiać, zrelaksować się w wiejskim otoczeniu. Do tego jeszcze potrzebne było dobre jedzenie. Ostatni klocek w układance wskoczył na swoje miejsce po naszej wycieczce do przyjaciół Jadwigi i Marcina Lorków, którzy wraz z przyjaciółmi stworzyli OGIEŃ. Oni to takie same wariaty jak my. W miejscu, do którego trudno dojechać mimo pomocy wujka gugla wybudowali szałasy, w których zaczęli warzyć strawę na żywym ogniu. Do pomocy zaprosili znamienitych restauratorów, na początku był to Aleks Baron, potem dołączył Paweł Portoyan i poszło. Byliśmy u nich, lał deszcz, myśleliśmy, że będzie czas by swobodnie pogadać. Nic z tego, we wczesnych godzinach popołudniowych nie było gdzie palca wetknąć. Wszystkie siedzące miejsca na ławach były zajęte, niektórzy goście jedli stojąc.

Jakby mi ktoś ogień pod tylkiem rozpalił. Właśnie to było to czego mój dymiący od natłoku myśli czerep szukał. Niczego wszak nie można kopiować bezpośrednio. To nie kalka. Tym bardziej, że Lorkowie mieli do dyspozycji śródleśną polanę z przepływającym strumykiem, w otoczeniu zaś Beskidy, my zaś spaloną warchlakarnię. Niemniej jednak gdy dwa konie ciągną wóz w jedną stronę a tak wygląda nasze małżeństwo nie ma rzeczy niemożliwych. Powoli i w bólach zaczęła się rodzić koncepcja, musi być grill, musi być piec chlebowy. Do tej układanki dołożyłem jeszcze małżeństwo naszych przyjaciół z Puszczykówka niejakich Michalskich: Ewy i Piotra, twórców kultowej, poznańskiej restauracji TOGA. Siedzieli tam dzień i noc, wnuków nie widzieli a efekt był taki jaki był. Namówiłem ich do zamknięcia tego interesu i przerzucenia swojego doświadczenia do Linia.

Największym problemem okazało się znalezienie wykonawcy naszych szalonych wizji. Osiemdziesiecioletnie dziadki z zawodu zduny nie dały się zarazić naszą wizją. Niestety tak jest obecnie średnia wieku w tym zawodzie. No i nagle jak diabeł z pudełka wyskoczył wychowanek naszej przyjaciółki Eli, emerytowanej przedszkolanki z Trzcielina niejaki Marcin. Pozamieniał nam klocki, poustawiał je na nowo i podjął się wykonawstwa. Trzeba dodać, że to zdun w trzecim pokoleniu, więc nie byle kto.

No i w ten sposób powstały Linie w Ogniu-kuchnia historyczna. Tyle by Was Szanowni Czytelnicy w pierwszym odcinku moich dywagacji specjalnie nie zanudzić. W ten oto sposób otwieram kolejny rozdział blogosfery, następcy bloga, który prowadziłem wcześniej: Ziemianina w Kuchni, przy udziale mojej Kasi, która również wtrąci tutaj swoje trzy grosze! A kto wie może Ewa lub Piotr?

Ziemianin w Kuchni

Zapisz się do neewslettera

kwiecień 2024
P W Ś C P S N
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930  

Skontaktuj się z nami

Share on Facebook Share
Share on TwitterTweet
Share on Pinterest Share
Share on LinkedIn Share
Share on Digg Share